sobota, 23 lipca 2016

Recenzja - "Jedyny pirat na imprezie" - Stirling i Passey





Tytuł: "Jedyny pirat na imprezie"

Autor: Brooke S. Passey i Lindsey Stirling

Wydawnictwo JK



Drugą połowę lipca zaczęłam z świetną książką autobiograficzną pewnej wyjątkowej, tańczącej skrzypaczki - "Jedynym piratem na imprezie" napisanym przez Lindsey Stirling i jej siostrę Brooke S. Passey (chyba w większości przez siostrę, bo Lindsey ma wrodzony problem podobny do dysleksji). 

Może zacznijmy od tego, że już od długiego czasu jestem fanką Lindsey Stirling. Jej utwory nie zawsze były udane, szczególnie na początku, ale zawsze podziwiałam tę jej energię, kreatywność, to, że się nie poddawała. I jej muzyka jest taka pełna życia! Od razu nastrój poprawia. Zresztą sprawdźcie sami:




Muszę przyznać, że ta książka naprawdę sprawia, że czytelnik czuje się jakby bliższy Lindsey. To idealny prezent dla jej fanów! W stylu lekka, bardzo osobista - no, prawie jak rozmowa. 

A zaczyna się od jej dzieciństwa - szczęśliwego i cieplutkiego, w silnie związanej, mormońskiej rodzinie. Tak, wiem - to brzmi wyjątkowo - mormonka w showbiznesie. Ale Wyjątkowa to w zasadzie drugie imię Lindsey ;). W każdym razie, książka idzie dalej i dalej... Pokazuje dobre i złe chwile. Naprawdę złe chwile, gdy wszystko wydawało się beznadziejne i jej związki z innymi ludźmi były mocno nadszarpnięte. Walkę z anoreksją. Inne złe chwile, gdy myślała, czy się nie poddać i przyznać, że nie ma dość talentu, że jest niewystarczająca - ale się nie poddała. I to jest świetne! Uważam, że powinno być więcej takich książek - pokazujących, że nie wszystko jest idealne i że to jest okej - trzeba po prostu iść do przodu, starać się z całych sił i próbować być sobą. Uwierzyć.

Jeśli więc chcecie się o Lindsey coś więcej dowiedzieć lub znajdujecie się akurat w niezbyt dobrym życiowym momencie - polecam cieplutko :).

A i jeśli będziecie na jej płyty patrzeć - pierwszej raczej nie polecam, ale Shatter Me jest niesamowita i przy okazji tematycznie o uwalnianiu się od narzuconych samemu sobie ograniczeń - idealne uzupełnienie do tej książki. I jeszcze za chwilę nowa płyta będzie. Z niej jest ten kawałek "The Arena"... Ja już sobie zamówiłam :).

piątek, 15 lipca 2016

Podsumowanie połowy lipca - fantastyka :)



FANTASY:

Po pierwsze, "The Goblin Emperor" Katherine Addison (pseudonim) i PO PROSTU UWIELBIAM TĘ KSIĄŻKĘ. To historia niechcianego księcia - pół-elfa, pół-goblina Maia, efektu zaaranżowanego małżeństwa, który żyje na zesłaniu z okrutnym krewnym. Jego ojciec, Cesarz, i jego dziedzice giną jednak w niespodziewanym wypadku i Maia, któremu wcześniej nie dano nawet szansy na naukę, musi nagle poradzić sobie w nieznanym, wrogim, niebezpiecznym środowisku, jakim jest dla niego na początku dwór. 

Jest to książka naprawdę wyjątkowa - taki mix fantasy, steampunku i dworskiej intrygi. Dalej, jest pełna pełnowymiarowych, dynamicznych, barwnych postaci, a główny bohater jest niesamowicie sympatyczny. Poza tym, styl Autorki jest po prostu świetny - bardzo dobrze zrównoważony. Podoba mi się też tempo tej książki - jak takiej szerokiej rzeki - powolne, ale jakoś i tak mocne. Ma to jakiś sens? W każdym razie, gorąco polecam! Jedyny minus - nie ma jeszcze wersji polskiej, a wersję angielską, ze względu na trudniejsze słownictwo, polecałabym raczej osobom biegłym w tym języku.

Dalej z fantasy, zaczęłam serię "Skrytobójca" Robin Hobb, tą od "Ucznia Skrytobójcy". Do tej pory przeczytałam dwie części. Seria zaczyna się spokojnie. Na świecie pojawia się Fitz (co oznacza po prostu bękarta), syn dziedzica tronu - w polskiej wersji Rycerskiego, na nieszczęście - z nieprawego łoża. Skandal sprawia, że Rycerski rezygnuje ze swoich praw do tronu i razem z bezpłodną żoną oddala się ze stolicy. Fakt ten kształtuje całe życie jego pozostawionego na królewskim dworze syna. Na początku trafia on pod opiekę pozbawionego nadziei na lepszą przyszłość koniuszego. Wcześnie okazuje się, że ma w sobie pewną moc, umiejętność dzielenia umysłu ze zwierzętami. Koniuszy uważa to za barbarzyńskie i niebezpieczne, i chłopca mocno ogranicza oraz nakazuje mu bezwzględną dyskrecję. Gawiedź bowiem chętnie takie osoby wiesza. Po pewnym czasie chłopcem interesuje się sprytny, stary król i postanawia wykształcić go na swojego skrytobójcę. 

Spodobał mi się styl Hobb - dość obrazowy, w miarę realistyczny, dobrze wyważony, z odpowiednim tempem. Widać, że jest dobra w budowaniu swojego świata, swoich postaci. W pierwszej części brakowało mi jednak trochę akcji i niezbyt przemawiał do mnie taki trochę dręczący nastrój niektórych jej fragmentów - a widzę, że nie mija. Ale ja mięczak jestem. Najbardziej nie podobał mi się wątek a'la zombie. Wiem, że to trochę spoiler, ale powinniście wiedzieć choć tyle, bo jeśli to nie wasze klimaty, to się rozczarujecie. Jeśli jednak podobała Wam się "Gra o tron" to spokojnie możecie dać tej serii szansę.

I z moich ulubionych klimatów - podróży w czasie - "Tear in Time" Christophera Davida Petersena. Książka opublikowana samodzielnie, a z treścią naprawdę wysokiej jakości. To historia chirurga, który przez przypadek przenosi się w czasie do wojny pomiędzy Północą a Południem w Stanach Zjednoczonych. Chociaż nigdy mnie ten temat nie interesował, to styl Petersena sprawił, że naprawdę mnie ta opowieść wciągnęła. Jest bardzo obrazowy (nie dla mięczaków ;), bo dużo scen krwawych) i ma jakieś takie momentum. Wir akcji od razu porywa czytelnika i ani na chwilkę nie traci jego uwagi. Jedyny minus? Czasami aż zbyt wyrafinowane dialogi np. podczas konnej ucieczki przed wrogiem. Ale to jedna z pierwszych książek Autora. Chętnie poznam inne.

INNE:

Przez przypadek znalezione w domu - "Do zobaczenia w Raju" Arturo Mari, osobistego fotografa Jana Pawła II. Takie króciutkie wspomnienia, wielotematyczne. W sumie spodobał mi się styl wypowiedzi Arturo i jego szacunek / przyjaźń do tego niezwykłego Papieża. Książeczka jednak była chyba napisana tak na szybko... Chyba po śmierci Jana Pawła II była dodatkiem do którejś z gazet. 

Znalezione wcześniej na wymianie, "Skinny women are evil" (chude kobiety są wredne) Mo'nique (komediantki amerykańskiej) i Sherri A. McGee. Książka zwróciła moją uwagę, bo wyglądała na zabawną i pomyślałam, że właśnie by mi humor mogła poprawić, bo ostatnio coś za pulchniutka jestem ;). Spodobało mi się też, że nazwisko współautorki było na okładce, a nie bawili się w jakichś ghostwriterów ukrytych. Zawartość książki była zróżnicowana. Były w niej świetne fragmenty autobiograficzne, niezłe opinie o tym, jak powinno się zmienić nastawienie do grubszych osób (np. ładne ciuchy w większych rozmiarach, a nie tylko jakieś szare namioty). Niestety zawierała też dziwne rady / historie o społecznie nieakceptowalnych zachowaniach opisane w przesadzony sposób. Pewnie to miało rozśmieszać i szokować, żeby bardziej tematem zainteresować, ale mi jakoś się średnio to podobało. Ale amerykański stand-up jakoś nigdy do mnie nie przemawiał.

Podsumowując, jak dotąd, lipiec udany :). Wolny czas pozwolił mi trochę zaległości nadrobić i mój Reading Challenge na Goodreads nie wygląda już tak źle ;). Poza tym chodzę sobie na basen, wypróbowuję nowe przepisy (ostatnio np. na domową pizzę i drożdżówki z serem :) ) i powolutku sobie wszystko układam. Na spokojnie. A jak Wam idzie?

wtorek, 5 lipca 2016